Blog > Komentarze do wpisu
Wielkanocny armagedon

 

wielkanocny Karolek

taka wiosenna pocztówka :)

Już trochę czasu minęło, ale u nas dopiero dziś będzie o Świętach i przygodach okołoświątecznych, niekoniecznie pozytywnych.  Wcześniej nie było okazji/siły z uwagi właśnie na tytułowy armagedon.

 

Karolek i baranek

zachwycony barankiem:)

Otóż choroba karolkowa, o której była mowa poprzednio, przerodziła się w całotygodniową nieokiełznaną gorączkę dochodzącą do 40 stopni, z kaszlem i katarem. Najadłam się strachu. Zaczęło się w Wielką Sobotę. Zaordynowany przez naszą lekarkę rodzinną antybiotyk nie chciał pomóc, jak się okazało później, dawka była zbyt mała. Dodatkowo rozchorowała się żołądkowo-jelitowo matka, w mojej skromnej osobie i całe święta żywiłam się jedynie colą, z trudem, ale z wielką determinacją, zajmując się chorym Karolkiem.

Jak się można domyślić nie dotarliśmy do kościoła ze święconką, ba! jajka nawet nie zostały udekorowane. Nie dotarliśmy również na świąteczne rodzinne śniadanie w niedziele, ale z różnych względów może to i lepiej. Tak więc zostaliśmy samiutcy. Karolkowy Tata dzielnie znosił trudy emigracji, śniadaniując w niedziele z rodziną, u której wynajmuje pokój.

Całości  dopełniło wieczorem malutkie ziarenko kaszy gryczanej, które Karolek umieścił w swojej prawej dziurce nosa, na głębokości dla mnie nieosiągalnej. Znaleźliśmy się na laryngologicznej izbie przyjęć. Wśród, uzasadnionych moim zdaniem, krzyków i płaczów przerażonego trzylatka, lekarz wepchnął ziarenko głębiej, chociaż nie taki miał zamiar... W drodze powrotnej zgubiłam tablicę rejestracyjną. Kilka nocy później ugryziona przez domowego robala zareagowałam tak silną rekcją alergiczną, że skończyło się wezwaniem karetki i czterema zastrzykami.

Chorowanie karolkowe przerwała dopiero prywatnie wezwana do domu doktor pulmunolog, zalecając inny antybiotyk w porządnej dawce. Moje chorowanie wyleczył czas i coca cola. Po ziarenku kaszy słuch zaginął... Tablicę odebrałam z komisariatu - nieznajomy znalazca ją tam odniósł. Świąt nawet nie zauważyliśmy.

Zapadły jednak pewne decyzje. Postanowiłam poszukać kogoś (pedagoga/studentki pedagogiki), kto przychodziłby do Karolka kilka razy w tygodniu na parę godzin, bawiłby się z Nim, kogo On będzie znał i lubił, i w razie czego z kim chętnie zostanie. Ostatnie tygodnie pokazały, że mimo chęci i samo zaparcia, nie jestem matką herosem i czasem też mam kilkudniową awarię. I co wtedy? Dodam, że Ciocia w tym czasie rozchorowała się również.

karolkowa pisanka

 W tym roku jejeczko pomalowaliśmy tylko na kartce

 

Nie mogę nie napisać, że w tle naszych osobistych przeżyć chorobowych, rozłąki, nawet w święta, współistniały echa przerażającej tragedii pod Smoleńskiem... Mam nadzieję, że wszyscy polegli tam na służbie Polacy obudzą się w innym lepszym świecie...

niedziela, 18 kwietnia 2010, mamuszek

Polecane wpisy